Pustynia ludzkich serc. O nas samych – lekko, przyjaźnie, z wdziękiem

Wzrusza o wiele bardziej, niż śmieszy, choć nie brakuje w nim wielu powodów do oczyszczającego śmiechu. „Priscilla, Królowa Pustyni. Musical” we wrocławskim Teatrze Muzycznym Capitol zachwyca. I zostawia ślady w duszach, skłaniając oglądających do zadumy nad wielobarwnością świata i jego mieszkańców.
Przeniesienie znanej historii dwóch drag queens i kobiety trans w gąszcz polskich realiów wyszło na dobre, bo podkreśliło starą prawdę: historia uniwersalna pozostaje uniwersalna i świeża niezależnie od okoliczności.
I, choć trójka głównych bohaterów/ bohaterek przemierza Polskę, jadąc Priscillą tylko (!) z Warszawy do Wałbrzycha (to przecież niecałe 440 km!), to widzowi zdaje się, jakby przemierzała kosmos z jednej planety na drugą, bardzo oddaloną, po drodze goszcząc na gwiazdach.
Smutnym i nieprzyjaznym miejscem wydaje się także widzowi warszawski klub – nie spełnia nadziei ani na zarobienie przyzwoitych pieniędzy, ani na bezpieczne występy artystyczne. To stamtąd na prowincję wyrusza trójka desperatów.
Dwóch transwestytów: Tick/Mitzi (Michał Zborowski) i Felicia (Rafał Derkacz) oraz transseksualistka Bernadette (Justyna Szafran) przedzierają się z trudem przez polskie drogi i nieprzyjazne, lokalne społeczności. I przez własne skomplikowane życiorysy. To przecież Tick (Mitzi) zorganizował/a tę podróż do klubu prowadzonego przez byłą żonę, wychowującą ich małego synka, nieświadomego ojcowskich życiowych perturbacji. Bernadette wciąż nie może się odnaleźć, choć była przecież jedną ze słynnych Les Girls, o czym przypomni spotkany w podróży mechanik samochodowy Bob (Tomasz Leszczyński), zachwycony tym spotkaniem i pomocny, bo oczywiście Priscilla musiała się zepsuć, a artyści/artystki nie mają pojęcia o technice i nawet nie potrafią wezwać pomocy, by uruchomić zepsuty samochód.

Piosenki znane i odkrywane

Trochę luzu w ich wzajemne relacje wprowadza niedojrzały/a Felicia.
Musical ma to do siebie, że, nawet jeśli nie jest najlepszy, ratują go piosenki. Tu niczego nie trzeba ratować, bo i warstwa fabularna, i jej inscenizacja to majstersztyk, wsparty genialnymi kreacjami aktorskimi. Ale miodem na serce widza są przyjazne piosenki, jak „What’s Love Got to Do with It?” Tiny Turner, „Go West” Village People, „I Will Survive” Glorii Gaynor, „Girls Just Wanna Have Fun” Cyndi Lauper czy „Always on My Mind” Elvisa Presleya – wszystkie w znakomitych wykonaniach naszych artystów. Przepięknie, ciemnym głosem śpiewa Emose Uhunmwangho jako Miss Understanding/Speaker, w jednej z ostatnich scen spektaklu ściskająca wzruszająco małego, pluszowego misia. Wspaniałe są Divy (Justyna Woźniak, Ewa Szlempo-Kruszyńska i Małgorzata Walenda).
Subtelnie i delikatnie, a jednocześnie zabawnie pokazany został wątek wyprawy (swoistej pielgrzymki) na Jasną Górę.
Bardzo spodobała mi się rola Rafała Derkacza, kreującego Felicię ze swadą, a bez przerysowania. Wyjątkowo delikatna jest Justyna Szafran w roli Bernadette: kiedy trzeba, uszczypliwa, ale smutna i piękna, a w relacji z Bobem bardzo sympatyczna.
Jednak najbardziej przejmujący jest Michał Zborowski jako ojciec, który wciąż ma coś do dania swojemu małemu synowi, choć jego ojcostwo dalekie jest od stereotypowego i akceptowalnego przez tradycyjne społeczności. Zborowski zagrał ładnie i subtelnie, a mały Michał Kuropka w roli Benjamina poradził sobie śpiewająco.

Wdzięk i lekkość poszukiwań

Cóż... urok „Priscilli...” polega na tym, że – choć traktuje o bardzo poważnych tematach – jest lekka i pełna wdzięku. I niesie nadzieję. Nie tylko na zrozumienie „szalonych”, barwnych ptaków, ale też zwykłych szaraków. Bo przecież wszyscy potrzebują miejsca do życia.
Na scenie Capitolu widać piękny, dojrzały owoc pracy całego zespołu. Całość sprawdza się muzycznie – muzykę orkiestra gra na żywo, pod batutą Adama Skrzypka. Oszałamiają kostiumy i scenografia, a – co ważne – sama Priscilla nie przyćmiła zespołu artystycznego. Świetni są tancerze, wykonujący piękne układy i akrobacje. Słowa piosenek są tłumaczone na język polski i wyświetlane.
I tak Teatr Muzyczny Capitol po raz kolejny udowadnia że wie, po co istnieje i swoją rację bytu pieczętuje lekko, zabawnie, z dystansem. „Priscilla, Królowa Pustyni. Musical” to teatralny cud. Wspaniały!
Małgorzata Matuszewska
Fot. Łukasz Giza/Teatr Muzyczny Capitol
Teatr Muzyczny Capitol, „Priscilla, Królowa Pustyni. Musical”. Tłumaczenie, dramaturgia: Konrad Sierzputowski, reżyseria: Cezary Tomaszewski, cenografia i kostiumy: Aleksandra Wasilkowska, choreografia: Barbara Olech, kierownictwo muzyczne: Adam Skrzypek, realizacja światła: Jędrzej Jęcikowski, charakteryzacja i peruki: Magdalena Chabrowska-Oleksiak, Agnieszka Jasiniecka, reżyseria dźwięku: Krzysztof Borowicz, wizualizacje: Rafał Dominik. Wystąpili: Michał Zborowski, Justyna Szafran, Rafał Derkacz, Tomasz Leszczyński, Karol Donda, Michał Szymański, Jan Kowalewski, Mateusz Kieraś, Krzysztof Suszek, Justyna Woźniak, Ewa Szlempo-Kruszyńska, Małgorzata Walenda, Emose Uhunmwangho, Katarzyna Pietruska, Klaudia Waszak, Agnieszka Oryńska-Lesicka, Bożena Bukowska, Piotr Małecki, Mateusz Brenner, Jacek Skoczeń, Michał Kuropka i in. Premiera 8 października 2022.<br>

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Katarzyna Ryrych: Zawsze staję po stronie wykluczonych

42. Przegląd Piosenki Aktorskiej – mocne wydarzenie już na starcie