46. PPA: Niebanalność, kreatywność, wspaniałość!
Co to była za przepiękna, dziesięciodniowa prezentacja wachlarza możliwości aktorskiej piosenki, jej użycia, kontekstów, interpretacji! Piosenki oczywiście szeroko rozumianej. Bo twórcy Przeglądu Piosenki Aktorskiej nie ograniczają wyobraźni i nie mieszczą się w ramach. Po prostu w żadnych ramach.
46. Przegląd Piosenki Aktorskiej zakończył się w niedzielę (29 marca) przecudownym koncertem. Nie boję się użyć tego określenia, bo Zofia Sofinka Imiela, laureatka Grand Prix zeszłorocznego Konkursu Aktorskiej Interpretacji Piosenki, była po prostu olśniewająca.
Artystka tak zapowiadała koncert „Confluence”: „to nie jest skończona opowieść, lecz podróż: splot korzeni i wpływów, tradycji i eksperymentu, przeszłości i teraźniejszości. Ta historia nie ma końca. Ta historia nieskończenie płynie dalej”. Nadzwyczajnie piękne teksty Sofinki (brawo za mądre spojrzenie na ojczyznę), podane z towarzyszeniem fortepianu, który nie był instrumentem towarzyszącym, ale samym sercem całości, świetny kontrabas Adama Skrzypka, fantastyczne: perkusja (Yonga Sun), wokale (Zofia Sofinka Imiela, Brygida Sordyl, Kasia Kapela, Marta Horyza), dźwięki od tradycyjnych ludowych do współczesnych, wraz z wideo Mai Kaczmarzyk, prostotą i jasnością kostiumów stworzyły mądrą, precyzyjną całość. Warto dodać, że jednego dnia artyści wystąpili dwa razy, to na pewno nie było łatwe.
Zjawiskowe osoby w KAIP
Bardzo wysoki był poziom tegorocznego konkursu. Widać wyraźnie, że uczestnicy nie wpadli w pułapkę schematów, ale twórczo interpretowali piosenki, nie tylko innych artystów, ale też własne.
Grand Prix zdobyła Monika Padewska, „za koncept, subtelność i precyzję użytych środków”. Pochodząca z Wrocławia artystka śpiewała „Nie pytaj nas/The great gig in the sky” (Łona i Webber/Pink Floyd) oraz „Pieść mnie, Jasiu” (muzyka: Alain Goraguer, słowa: Magali Noël w tłumaczeniu Wojciecha Młynarskiego). W „Nie pytaj nas” precyzyjnie, ale subtelnie komentowała otaczającą rzeczywistość. Z punktu widzenia osoby młodej, co warto dostrzec.
Bardzo uważnym obserwatorem i komentatorem świata był Piotr „Jaszczur” Śnieguła. W przeciwieństwie do Moniki Padewskiej, nie starał się o delikatność, mocno poruszył słuchających. Słusznie doceniła go publiczność, śpiewał swoje utwory: „Zagrajcie to na moim pogrzebie” i „Nie ma gorszej grupy społecznej niż artyści” (w drugim utworze wykorzystał też teksty Jonasza Kofty i Łukasza z Bałut). Grał, śpiewał, igrał z ogniem – jury go wyróżniło.
Dziennikarską nagrodę zdobyła Magdalena Pamuła, stąpająca po scenie, niczym różowa chmurka i wyraziście interpretująca kanoniczną „Karuzelę z Madonnami” oraz ludowy utwór z muzyką z pieśni od Pawła Grochockiego, na melodie Genowefy Lenarcik z Lubelszczyzny. Wręczająca statuetkę Marzena Sadocha, zastępczyni redaktora naczelnego „Notatnika Teatralnego”, uzasadniła wyróżnienie: „Za mistrzowskie wykonanie, które przywraca zapomniany świat, wiarę w głos, muzykalność i siłę przekazu”.
Żadna osoba, która znalazła się w finale konkursu, nie była tam przypadkowo, wszystkie były wyraziste i miały do zaśpiewania coś ważnego.
Nikt tak nie rapuje, jak aktor…
…Tomasz Schuchardt, nadzwyczajny profesjonalista w „Nie-Boskiej-Gali”. Mateusz Pakuła, scenarzysta i reżyser całości, zajął się w koncercie galowym monoteistyczną wiarą i instytucjonalną religią. Organizatorzy nazwali Galę „debalonizacją wiary i religii”. Zaczęło się od tego, że Czesław Miłosz w wierszu „Sens”, pisał: „Kiedy umrę, zobaczę podszewkę świata/Drugą stronę, za ptakiem, górą i zachodem słońca”. I na tych słowach urodziła się Gala! Było zabawnie, Emose Uhumwangho była jaśniejącym Duchem Świętym, Jezusa zagrała ze swadą Zuzanna Skolias-Pakuła. A Schuchardt, wśród loży szyderców – diabłów siedzących na balkonie, najpierw był zupełnie cichy (ale dostrzegalny!), a kiedy rapował, zrozumiałam każde słowo, wszystko. A zauważcie Państwo, że to nie jest częste. Nie było tylko zabawnie, kabaretowo, było też bardzo poważnie, nawet wstrząsająco. Słowa Czesława Miłosza, mówione przez Jana Peszka z offu, zestawione z obrazami tego, co ludzkość nawyprawiała na świecie, wybrzmiały znakomicie. Może tę Galę dałoby się pokazać przynajmniej jeszcze raz?
Najważniejsze jest to, co się nie klika
Maja Kleszcz wraz z Wojciechem Krzakiem, Krzysztofem Pacanem, Wojtkiem Długoszem DJ Krime oraz Łukaszem Korybalskim, odkryła przed zachwyconą publicznością ciszę, tytułową „Nieklikalność”. Dała nam odetchnąć swoimi spokojnymi tekstami, piękną muzyką, odwrotem od chaosu.
Podobną „nieklikalność” zaserwowali: Paweł Mykietyn, grający na fortepianie i śpiewająca Maja Laura.
W koncercie „Nightfall” zaprezentowali wiersze Sary Teasdale (co prawda w książce programowej jest wspomniana ich tłumaczka na język polski – Anna Ciciszwili, ale Maja Laura śpiewała po angielsku). Ten nadzwyczajny duet (mistrza Pawła Mykietyna rzadko można posłuchać na żywo, a na PPA zadebiutował jako akompaniator) był kwintesencją autentycznych rozmyślań ubranych w muzykę. Artyści prostotą podkreślili piękno, refleksje o życiu, miłości, przemijaniu.
Obywatele i obywatelki
„Kasia Lins: Obywatelka K.L.”, wcieliła się w kobiecie alter ego Obywatela G.C., prezentując nowe wersje utworów Grzegorza Ciechowskiego. Artystka chciała wejść do świata Ciechowskiego „po swojemu”, nie kopiując tamtych wykonań. Udało się połowicznie. Były fantastyczne aranże, świetny zespół (Karol Łakomiec, Agnieszka Bigaj, Wiktoria Jakubowska, Monika Muc), genialna scenografia. Ale np. „Moja krew” Republiki wybrzmiała dość nijako. Zgadzam się z redaktorem Elikiem Plichtą z Radia Darmstadt, że „Moją krew” można zaśpiewać, jako kołysankę, ale potrzeba mocniejszej interpretacji.
Różowo i mocno
Dość niespodziewanie na PPA wystąpiła Julia Kamińska, z utworami z debiutanckiego albumu „Sublimacja”. To był wieczór obrazoburczy, dość agresywny, chyba uwalniający samą artystkę od trudnych przeżyć. Julia Kamińska zestawiła różowy anturaż i delikatny głos z ogromnym, zabytkowym konfesjonałem, śpiewała sama, ale też z Panem Savyanem, tańczyli (znakomicie) studenci AST, śpiewała Pomadka Teresa. „Uważnie posłuchaj, mamy się nie rucha”, „dziękuję tym, co mnie deptali” – piosenki z ostrymi słowami Kamińska zestawiła z projekcją internetowego hejtu. Publiczności się podobała.
Mocny i genialny, bo bardzo teatralny
„Straszny Dwór” w reżyserii Anny Obszańskiej, spektakl Narodowego Teatru Starego im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie zachwycił formą. Dla takich przedstawień warto robić teatr. Są tu arie i ansamble Moniuszki, nie ma w ogóle słów. Zbigniew (Łukasz Szczepanowski) wraca do domu z wojny w obronie ojczyzny. Dom to autentyczny polski dwór, ale wszyscy jego mieszkańcy są martwi. Trafnie wybrano przestrzeń do tej prezentacji – stał się nią piękny hol główny Muzeum Narodowego, którego niderlandzki neorenesans podkreślił nadzwyczajną urodę przedstawienia. W spektaklu szarość zmieszana z krwią, cierpieniem, na finiszu spotyka zwyczajne życie – chcącego grać w piłkę małego chłopca. To było piękne.
Delikatnością prosto w serce
Jay-Jay Johanson… nie znajduję słów uznania dla szwedzkiego mistrza piosenki o aparycji tolkienowskiego elfa. Melancholijna, poetycka, intymna muzyka z elementami jazzu (brawa dla Erika Janssona i Fredrika Wennerlunda, grających tego wieczoru). Wieczór był delikatny, subtelny, przytulny, a na koniec Jay-Jay wybiegł między słuchające go osoby, tańczył z nami, śmiał się, śpiewał. To był wieczór, który nie da o sobie zapomnieć.
Offowo, czyli perfekcyjnie i niebanalnie…
Kto pamięta grupę Karbido i Stolik sprzed dwudziestu lat? Ich wygrana Nurtu OFF była tak dawno, że nie pamiętam już tamtych emocji towarzyszących koncertowi. Wiem, że wrocławscy artyści (siedzący przy Stoliku: Paweł Czepułkowski, Igor Gawlikowski, Michał Litwiniec, Marek Otwinowski, zajmujący się dźwiękiem Jacek Tuńczyk Fedorowicz, a światłem i dźwiękiem Tomasz Sikora), ruszyli na międzynarodowe festiwale, zdobywając na nich inne nagrody. Stolik… genialny to pomysł, genialne wykonanie. Klonowe deski składające się na stolik, przez lata przeżyły wiele przygód. Muzyczny mebel kiedyś zaginął, namókł, woda rozpulchniła drewno. Ale Stolik nie umiera nigdy! W czasie tego PPA na Scenie Ciśnień podziwiałam nadzwyczajną energię muzyków. Feeria dźwięków tworzonych przez nich złożyła się na wspaniały audiowizualny spektakl. Po raz kolejny i mam nadzieję, że nie ostatni.
Współczujące serce pęka
Filip Cembala, aktor, który w zeszłym roku prowadził Koncert Finałowy, teraz pokazał monodram „MyLove”. Niezwykły, bo poświęcony prawdziwej osobie (albo raczej osobom), stworzony z pasją i empatią. Milo Mazurkiewicz przez większą część życia zarejestrowana była w USC jako Miłosz, popełniła samobójstwo, nie mogąc znieść presji, trudności z dostępem do tranzycji. Filip Cembala pokazuje tę osobę, właściwie stając się nią na czas monodramu. Nie dystansuje się, nie jest „tylko” aktorem czy „aktorem śpiewającym”. Sprawia, że osoba oglądająca spektakl w jakimś bolesnym sensie staje przed lustrem i myśli o własnej odpowiedzialności za życie innych. Serce oglądającej zamiera na chwilę, kiedy słychać ze sceny wstrząsające słowa: „córeczku”, „syneczko”. Spektakl wyreżyserował Rafał Matusz, według scenariusza napisanego wraz z aktorem. „MyLove” porusza wyjątkowo, właśnie dzięki współczuciu, większemu, niż aktorskie zaangażowanie. Choć podkreślam, że aktorstwo jest tu najwyższej próby.
Paprykarz szczeciński – pulpa doskonała
Przyznam, że na każde wydarzenie, stworzone przez Marcina Libera, czekam bardzo intensywnie. Bo wiem, że będzie bardzo dobre, albo dobre. „Paprykarz szczeciński” chciałam zobaczyć, ale do szczecińskiego Teatru Współczesnego mam kawałek. Dlatego tak bardzo ucieszyła mnie perspektywa „Paprykarza” na PPA. I nie jestem zawiedziona. Choć przyznam, że spodziewałam się bardziej tożsamościowej, szczecińskiej opowieści, a dostałam porcję bardzo pożywnego absurdu. Szczecinianie pewnie zaśmiewali się z mylenia Teatrów: Współczesnego i Polskiego, z wycieczek w kierunku „Skrzywana”. A ja spokojnie, pomijając szczecińskie szczegóły, zagłębiłam się w „paprykarstwo” i żyćka uczłowieczonych paprykarzy. Świetna jest metafora Paprykarza Szczecińskiego i Pasztetu Podlaskiego, jest David Paprykalynch – bez niego byłoby, jak bez puszki! Jest wreszcie najcudniejsza, pyszna opowieść o pewnym Sylwestrze, który urodził się 31 grudnia i nie może się doczekać wizyty znajomych, łudząc się, że ci nie mogą dotrzeć z powodu okołosylwestrowych korków. Tylko jedno wciąż przeżuwam: Paprykarz Szczeciński, urodzony w 1967 roku, nie mieszkał w puszkach otwieranych doczepionym, współczesnym pstryczkiem (używam tego słowa, bo nie mam pojęcia, jak brzmi nazwa czegoś umieszczanego dziś na puszkach i służącego do ich otwierania). Ale pewnie idea puszki z konserwą tak opakowaną jest bliższa młodszym widzom. W każdym razie, było super.
Arek Jakubik: Romeo i Julia żyją (i to jak!)
Jest na co czekać, bo płyta „Romeo i Julia żyją” została nominowana do Fryderyków jako najlepszy album roku. Czy zdobędzie statuetkę, okaże się już wkrótce. Koncertowo-filmowa wersja, zaprezentowana na scenie Impart Centrum to był sztos! Historia Krystyny i Jana Marców, mieszkających w Piasecznie/Nibylandzie świetna wizualnie, mroczna i niepokojąca, została ubrana w bardzo dobre piosenki. Jakubik ma bardzo dobry kontakt z publicznością, towarzyszący mu muzycy zgrabnie „wchodzili” w mniej muzyczne kreacje. O szekspirowskiej miłości można opowiadać na różne sposoby, ten jest wyśmienity.
Dobre wiadomości są dwie…
Kto nie był na „Gorączce życia. Sanatorium” – jednej z dwóch części Finałowego Koncertu, proszony jest o rezerwowanie czasu w poniedziałek wielkanocny. Właśnie 6 kwietnia o godz. 18.45 w TVP Kultura można będzie obejrzeć świetny spektakl Marcina Czarnika i Mileny Czarnik. Bartosz Bielenia, Alicja Czarnik, Hela Czarnik, Małgorzata Gorol, Magdalena Róża Osińska, Jan Peszek, Ptakova, Justyna Szafran, Cezi Studniak, Aldona Szostak, Emose Katarzyna Uhunmwangho, Klaudia Waszak, Barbara Wrzesińska, Zbigniew Zamachowski i Michał Żurawski – cóż to za cudowna grupa! 70-lecie i 60-lecie artystycznej pracy na zakończenie PPA świętowali wspaniale: Barbara Wrzesińska i Jan Peszek. Świetnym sanatoryjnym zabiegiem było zaangażowanie Chóru Chłopięcego NFM pod kierownictwem Małgorzaty Podzielny. Młodzi chórzyści są perfekcyjnie prowadzeni i ich obecność podziałała, jak dodatkowy zastrzyk energii. Artyści śpiewali przy stolikach, na łóżku, pod kroplówką. Wzruszali „Radością o poranku”, „Wieżą radości, wieżą samotności”, „Psalmem stojących w kolejce” (tu muzyczną rozmowę z chórzystami prowadził wzruszająco Jan Peszek), „Sambą przed rozstaniem” i wieloma innymi piosenkami. Zwykle znamy je dobrze, a te wykonania – artystów spowitych w gustowne szlafroki, piżamy, były wyjątkowe. I, jak to bywa z perłami wśród muzycznych wydarzeń, za krótkie.
To był koncert skrojony na miarę wieloletniej i wielkiej tradycji Przeglądu Piosenki Aktorskiej. Skrojony i uszyty precyzyjnie. Bardzo się cieszę, że zostanie pokazany w TVP Kultura – łatwiej się oddycha w trudnych czasach, oglądając i słuchając wielkich artystów aktorskiej piosenki.
Występy finalistów Aktorskiej Interpretacji Piosenki są dostępne, dzięki realizacji telewizyjnej, na internetowej stronie TVP3 Wrocław.
Małgorzata Matuszewska
Fot.: Łukasz Giza, Maziarz_Picture, Tomasz Walków/materiały Przeglądu Piosenki Aktorskiej


















Komentarze
Prześlij komentarz