Z dworca prosto do życia. Czule i z empatią
„Ale tu pięknie!” – zachwycała się Maja Ostaszewska, zaczynając „Wyspę”. I tak właśnie było w Sali Sesyjnej wrocławskiego Dworca Głównego PKP, w czasie trzeciej już edycji pokazów Teatru PO KOLEI. Pięknie, magicznie, poruszająco.
Teatr PO KOLEI to nie tylko performatywne czytanie sztuk (nie ujmuję tym stwierdzeniem wartości takich czytań). Może jeszcze nie pełny spektakl, coś na pograniczu. Słuchowisko z precyzyjnie dołączonymi dodatkami. Wspomniane „coś” jest zachwycające. Na początku każdego wydarzenia było słowo, czyli autorskie sztuki Tomasza Mana, także reżysera trzech wydarzeń tej edycji. I trzeba przyznać, że sztuki zostały napisane mistrzowskimi słowami. Tomasz Man dostrzegł ważne problemy dzisiejszej rzeczywistości, pokazał je nie brutalnie, tylko ujął w słowne ramy łagodnie, delikatnie, szanując kruchość.
Aktorskie pary czytały teksty świetnie, dobrym pomysłem było ukrycie kartek za czarnymi stojakami, zlewającymi się z przestrzenią.
Precyzyjną „kropką nad i” w każdym scenicznym pokazie była muzyka, grana na żywo przez naszą wrocławską dumę Pawła Romańczuka (Małe Instrumenty). Oryginalna, na wyjątkowych, oryginalnych instrumentach. Dodam, że Tomasz Man współgrał w wydarzeniach, niektórzy aktorzy także dodali swoje nuty.
W tym sezonie Man postawił na miłość. Przedstawioną refleksyjnie i czule, jako dojrzałą relację po przejściach, trudną, nieodmiennie piękną i wartościową.
Bardzo żałuję, że nie mogłam obejrzeć w tym roku „Historii pewnej miłości” z Olgą Sarzyńską i Adamem Woronowiczem, słyszałam od znajomej widzki, że była doskonała.
Pięknym ukłonem w stronę ludzi kolei był „Maszynista”, czyli historia relacji tytułowego bohatera (Jacek Braciak) z żoną (bardzo subtelna Justyna Szafran), z pociągami, przestrzenią i pracą.
Maszynista to człowiek tuż przed emeryturą, prowadzi towarowe pociągi od trzydziestu lat. Jego życie jest szczęśliwe, bo powtarzalność życiowych czynności, rutyna, codzienne wypełnianie obowiązków rzetelnie i spokojnie, koją. Ale wszystko zmienia się, kiedy pociąg z tysiącami ton chloru zbliża się do lasu, a na torach stoi mała dziewczynka.
Dyskretna pochwała etosu pracy, trudnego do pogodzenia z obowiązkami męża, człowieka była świetna.
Maja Ostaszewska i Andrzej Chyra w „Wyspie” zaprosili nas na wycieczkę na bezludną wyspę.
To tam zastanawiali się nad tym, czy się wciąż kochają, przypominali sobie początki znajomości (ona „wylała na jego serce wrzątek”), o dorosłych dzieciach mówili czule „synek” i „córeczka”, a ona miała do niego żal, że mało czasu poświęcał rodzinie. Brzmi znajomo?
Tak właśnie pisze Man o relacjach między ludźmi, a doskonała sceniczna oprawa, muzyka stopniująca napięcie, pokazują nam, jak w lustrze, że to nasze własne relacje z bliskimi.
Man, zapraszając na pokaz, zaproponował zamknięcie oczu i tylko słuchanie „Wyspy”. Pewnie odebrałabym całość inaczej, ale nie mogłam przestać ani słuchać, ani patrzeć. Wszystko składało się na doskonałą całość.
Maksimum pięknie zaprezentowanego słowa przy minimum scenicznych środków zadecydowało o sukcesie Teatru PO KOLEI. Ale tu pięknie!
Małgorzata Matuszewska
Fot. Bartosz Mokrzycki („Maszynista”)
Fot. Marek Księżarek („Wyspa”)
Teatr PO KOLEI w Sali Sesyjnej Dworca Głównego PKP, sierpień 2026 r. Wydarzenie współorganizowali: Wydział Kultury Urzędu Miejskiego Wrocławia, BWA Wrocław i PKP S.A.





Komentarze
Prześlij komentarz